niedziela, 23 lutego 2014

San Cristobal de las Casas

Przewodnikowe rekomendacje hoteli nie sprawdzily się - rekomendacje wyglądały dość słabo po wejściu do nich, wybralismy "z ulicy" hotel San Martin przy ulicy Guadelupe. WiFi jest, ciepla woda jest, jak sie potem okazuje - bardzo zimno w nocy nie jest.

Miasto rozczarowało nas pierwszego dnia - a nas najłatwiej rozczarować jedzeniowo. Otóż - wyszliśmy na ulicę, a tam... nie ma jedzenia. Jak to tak?? Meksyk i nie ma jedzenia na ulicy? Tylko w knajpach? Instynkt kazał nam udać się w kierunku targu, gdzie trafiliśmy na stoiska z tacosami, ale wybor byl niewielki (co na tak duze miasto bylo zastanawiajace), wrazenia smakowe nie powalały, a nasze brzuchy nie byly potem zachwycone. Na pewno jest tu coś lepszego, ale na razie nie umiemy tego znaleźć, a to już minus.

Jasnym punktem programu było napotkanie Pana który miał przecudne orzechy makadamia. Przesmaczne, świeżutkie. I pierwszy raz miałam okazję widzieć je w skorupkach - i jak się je z tych skorupek...


Ulokowani w centrum przy Zocalo spotykamy mnostwo turystow - w naszą uliczkę lokalsi zapuszczaja sie mam wrazenie tylko po to, aby coś turystom sprzedać. Jeśli widać jakiegoś Indianina na ulicy, to z naręczem pamiątek.

Na szczęscie kolejny dzien przynosi troche odmiany - znajdujemy drugi targ, na ktorym jest wiecej jedzenia (i wyglada jak polskie, więc Wojtek zajada sie zupa jarzynową nie zauważając, że dodatki do niej to kolendra i kukurydza i nie wszystkie warzywa zna z widzenia :) a ja rosołkiem, tylko Lukasz dostal mole, i marudzil, że to za slodkie dla niego), wyprawiamy sie do San Juan Chamula i Zinacantan z ciekawymi przewodnikami, a Monika, "Polka z San Cristobal" zabiera nas do knajpy z salą zabaw dla dzieci, gdzie Wojtek z synem Moniki znikają na 3 godziny szalejąc (Wojtek jest przeszczesliwy, i aż mi glupio, ze chcemy nastepnego dnia wyjechac). San Cristobal trochę zyskalo w naszych oczach, ale nie tyle, zeby jeszcze tu siedziec, tym bardziej, ze czeka nas ono rownież w drodze powrotnej.


W drodze do Moniki



szukamy hostelu na nocleg po powrocie - w jednym znaleźliśmy szachy :)


sobota, 22 lutego 2014

Tortillaaaaa niejedno ma imię

Kukurydziana tortilla, moja miłość, jeden z powodów naszych wyjazdow do Meksyku, juz podczas pierwszych dwoch dni naszego wyjazdu odkryla przed nami nowe oblicza. Pierwszego dnia po przylocie poszlismy jesc na placyk kolo domu naszych hostow. Pierwszy stragan na ulicy, na blasze bulki i "niezidentyfikowane zielone", czyli nic dla mnie. Dopiero kiedy go minelismy i wiatr powial w nasza strone, poczulam tortille. Jak sie okazalo, z zielonej kukurydzy, ktorej w Meksyku rosna trzy kolory. Czemu wczesniej jej nie spotkalam? :) Zielona tortilla to smakowo swietne odkrycie!




  








 Kolejna niespodzianka tortillowa spotkala nas dzien pozniej, kiedy zamawiajac tacosy zobaczylam, ze tortilla jest tu robiona na miejscu - podobnie jak w kolejnym miejscu przy dworcu autobusowym. Czeka na stoisku na klienta jako ciasto, potem trzask-prask w praskę i na blachę. Swoją drogą ciekawe jest to, jak tradycja wplywa na wspolczesnosc AGD w Meksyku. Tradycyjny gliniany comal przeszedl w ulicznego blaszaka podgrzewanego gazem z butli (takie uliczne podgrzewacze to tez musi byc niezla galaz przemyslu), ale wszedl tez do wspolczesnych blokowisk. Tak wyglada meksykanska wersja kuchenki gazowej (zdjecie z mieszkania naszych hostow) - blacha po srodku ma pod spodem palnik i sluzy do tradycyjnego przygotowywania potraw "bez naczyn". 





W trasę


W Mexico City - odpoczynek po podróży i zmianie czasu
Dopiero w Meksyku zapadła decyzja, dokąd zmierzamy. Kusiła nas północ i "srebrne miasta" - San Miguel de Allende, Queretaro, i potem plażowanie w okolicach Puerto Vallarta. Kusiła jeszcze bardziej po rozmowie z naszym hostem, który potwierdził moje obawy, że plaże na południu ("koło Oaxaca") będą o tej porze roku bardzo gorące i poleca Puerto Vallarta i szerzej Nayarit. Kusiła, kusiła, ale jednak skusić nie zdołała i ruszamy na południe.





Tradycyjnie ruszylibyśmy do San Cris jednym z luksusowych autobusów marek OCC czy ADO które znamy z poprzednich wyjazdów (1100 peso za osobę), gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności w postaci mego "narzeknięcia" do Oli z mexicomagicoblog, ze "o matko, zapomniałam jak drogie są te bilety" - Ola jak na wszystko miała odpowiedz, i poleciła nam autobusy odjeżdżające z Plaza de Soledad, koło metra Candelaria. Wszystkie miały odjeżdżać o 19tej, jechać szybko do SanCris i "być w standardzie ADO" - czyli z toaletą. Nasi gospodarze nie wiedzieli o istnieniu tego dworca, ale taksówka zamawiana przez nich dla nas (130peso) doskonale zrozumiała instrukcję i dowiozła nas dokładnie tam gdzie trzeba.

To, co się zadziało, kiedy taksówka zatrzymała się koło autobusów przerosło moje oczekiwania i wytrzymałość Toli, i uświadomiło, że dobrze, że nie pojechaliśmy do Azji. Jeśli obawiacie się, że trudno będzie znaleźć autobus do San Cristobal - nie lękajcie się, autobus Was znajdzie. A właściwie kilka na raz, w postaci około 10 naganiaczy, z których każdy woła ile sił, a najagresywniejszy zabiera Twoją walizkę i próbuje z nią iść w kierunku jednego z autobusów. Na szczęście wystarczy jedno słowo i pozostali Panowie skutecznie hamują jego zapędy - w końcu każdemu z nich zależy, aby to on, a nie agresywny kolega stał się szczęśliwym posiadaczem naszej gotówki na bilet podążającej za walizką. Panowie przekrzykują się: u nas dwóch kierowców*!, połączenie directo do San Cristobal!, pytani - tak, toaleta, a nawet dwie, damska i męska. Niektórzy coś o serwisie kawowym. Tośka zaczyna panikować, to dla niej za dużo wrażeń. Uciekam z nią do pierwszego najbliższego autobusu, zostawiając Łukasza z bagażami -słusznie licząc, ze panowie zostaną z nim. Podawana cena 500 odbiega od tego, na co nadziei narobiła mi Ola mówiąc o 200-300 pesos, a Tola wcale nie staje się szczęśliwsza od przepychania się z nią, plecakiem i torba z jedzeniem na koniec autobusu, żeby obejrzeć toalety. Dziękuję, wysiadam, odganiam ze dwóch czających się na mnie Panów i przechodzę na druga stronę ulicy, gdzie lokalsi przysiadają na murku czekając na odjazd autobusu. Tosia powoli się uspokaja, a ja zaczynam rozmowę z sąsiadką - jedzie srebrnym autobusem,
który stoi pośrodku w drugim rzędzie i poleca. Naganiacz danego autobusu widzi naszą rozmowę, przychodzi do nas i poleca swoje usługi - ale robi to na spokojnie i kiedy mówię, że na razie muszę się zająć dzieckiem odchodzi, zapraszając do obejrzenia autobusu, kiedy będę gotowa. Zrobił na mnie pozytywne wrażenie, więc, kiedy tylko Tola jest stabilna, idę sprawdzić wnętrze. I tu opada mi kopara - zamiast czterech foteli w rzędzie tu są 3, dużo szersze i rozkładają się bardziej niż 45stopni, prawie się leży. Cena 400 peso. W środku siedzą 3 meksykanki, korzystam z okazji, że naganiacz zostawił mnie samą. "Wiecie Panie, trudny wybór, ten mi się podoba, ale dlaczego Wy go wybrałyście?" Okazuje się, że Mapaches Autotransportes ma opinię bezpiecznego, i w związku z tym Pani go bardzo poleca. Z całego serca, ten i tylko ten. Tę samą linię przyjmuje Pan naganiacz tłumacząc mi, ze te inne autokary to są "robos" (nie mogłam tego załapać, wiec Pan ilustruje dłonią złożoną w pistolet, o co chodzi (choć i tak nie zrozumiałam, czy obrzuca tym określeniem konkurencje jako złodziei, czy sugeruje, że u nich mogą zdarzyć się napady). Tak czy inaczej poczułam się przekonana, a jednocześnie od razu zrozumiałam, za co płaciłabym 1200 peso w OCC - wcale nie za komfort, bo tu siedzenia nawet wygodniejsze, ale za bezpieczeństwo właśnie, za to, ze ktoś nagra na kamerę wszystkich pasażerów na początku jazdy, tak, ze nie ma obaw o zatrzymanie przez któregoś z nich autobusu na trasie i pomoc w napadzie :p

Ostatni posiłek na dworcu przed wyruszeniem na południe
Decyzja zapada, pakujemy więc walizki do Mapaches i idziemy coś zjeść na okolicznym straganie. Noc przebiega nam bezproblemowo (choć Tola trochę płakała po wejściu do autobusu - chyba z powodu brzucha, bo niestety zagapiłam się na gluten w kurczaku na lunch...). Fotele tak wygodne, że mogę spać z Tolą na mnie bez obaw o to, ze gdzieś się zsunie. Kierowca upewnił się przed startem czy klima jest dla nas ok, i mimo obaw o typową dla ADO/OCC podróż w warunkach syberyjskich dostajemy komfortowe 21stopni. Uff, bo obawiałam się, ze dzieciaki wyjmę z autobusu po nocy chore z powodu klimatyzacji.
Rano dojeżdżamy do Tuxla Gutierrez, które miało być jedynym stopem... A okazuje się przesiadką. Mamy się przesiąść do busika, który jedzie do San Cris. Trochę to słabe, bo oznacza, ze w drodze powrotnej tez nie złapiemy autobusu bezpośrednio z San Cris. No ale cóż... Przełykamy ślinę (co się bardzo przydaje, bo przed nami kolejna zmiana wysokości) i jedziemy. Ja oczywiście zagaduję w drodze do sąsiada, w nagrodę w pewnej chwili słyszę: o, teraz, patrz, w lewo - i mym oczom ukazuje się słynny kanion Sumidero. Wiec - niedaleko za Tuxlą - patrzcie w lewo :)
50 minut później jesteśmy w SanCristobal de las Casas.


*to ucieszyło mnie niezmiernie, gdyż przypomniało mi kiedy 4 lata temu, w drodze z Cancun do Palenque o obudziło mnie najechanie na pasy oddzielające pobocze (chwała niech będzie temu, kto wymyślił, ze mają warczeć), i otwierając oczy zobaczyłam jak kierowca zalicza "dzięcioła". Była jakaś czwarta rano, a ja od tamtej pory siedziałam w pierwszym rzędzie i nie spuszczałam oczu z kierowcy wypatrując najmniejszych oznak utraty uwagi. Wcześniej zrobiwszy mu, celem podniesienia ciśnienia i rozbudzenia, awanturę z jakiegoś błahego powodu (ze klima nie taka? Nie pamiętam)



piątek, 21 lutego 2014

Podwójny start

Stało się. Wyruszyliśmy w pierwszą naszą podróż z dwójką dzieci. I od razu z grubej rury - do Meksyku. Wojtek kończy niedługo 4 lata, twierdzi, że pamięta trochę z wyjazdu sprzed dwóch lat. Tosia ma 5,5 miesiąca. I dotarliśmy już do Amsterdamu :) Siedzimy właśnie na małym placyku zabaw w strefie Schengen i jemy lunch, więc czas na pierwszy, trochę techniczny wpis.
W samolocie Tosia dostała kołyskę i całkiem ładnie w niej spała
Spakowaliśmy się o dziwo zgodnie z planem (hmm... A przynajmniej jeśli chodzi o efekt pakowania, bo czas znów nam się rozciągnął i znów nie zdążyliśmy pójść spać przed lotem o 6.20), mieszcząc się do jednej walizki (dzieciaki) i jednego plecaka (my i pieluchy). Dużo miejsca zajęły pieluchy właśnie (nie żałowaliśmy sobie licząc, że wolne miejsce po nich zajmą pamiątki :) i apteczka. Założenie jest takie, że tam gdzie da się wjechać Maclarenem, da się też walizką, więc jedziemy w układzie następującym: jedna osoba ma duży plecak i prowadzi Maclarena z Tosią, druga ma walizkę i Wojtka. No i oczywiście bagaż podręczny - standardowy plecak Łukasza, do tego kupiliśmy świetny 26litrowy, prawie nic nie ważący i zwijajacy się w małą kulkę plecak - też northface. Jeden plecak to przewijanie i przebieranie Tosi, drugi to pozostała trójka, a do tego siata z jedzeniem. O właśnie, jedzenie to kolejne wyzwanie tego wyjazdu - Tosia wymusza na mnie dietę bezglutenową, bez produktów mlecznych i jaj... Zobaczymy, jak Meksyk sprosta temu wyzwaniu...
Podróż do Amsterdamu przebiegła bez większych zakłóceń. Co prawda Wojtek w pewnym momencie powiedział, że boli go brzuch, a dwie minuty później zrobił dziwną minę, ale pozwoliło mi to jedynie zdobyć kolejne odznaki: telepatia, refleks, celność i podstawić mu torebkę :)
Tosia lot przetrwała bardzo dobrze, podczas startu "dostała cyca" i choć widać było po jej minie, że ma gorsze chwile i bolą ją uszy to dzielnie dawała radę. Przy lądowaniu się nie obudziła i chyba to było lepsze rozwiązanie. No i tak dotarliśmy do AMS, aby spotkać tu przez okno samolot PLL LOT z logiem Black i twarzą Mike'a Tysona na ogonie... A już było tak po europejsku :)

Samolot było widać z naszej tradycyjnej miejscówki na placyku zabaw w strefie Schengen. Dobrze, że poprzednio ktoś nas na niego pokierował, bo nie łatwo było go znaleźć, wszyscy kierowali nas na drugą stronę za odprawę paszportową - a jeden plac na 6h przesiadki to mogłoby być za mało. No więc gdybyście szukali, to trzeba znaleźć kafeterię na piętrze z burger kingiem i sbarro, i na końcu stolików jest niewielkie urządzenie do wspinania.
Kiedy już przeszliśmy przez odprawę kierowaliśmy się do baby lounge - bardziej pchani ciekawością niż potrzebą. I wooow. (Chociaż wow zaczęło się już wcześniej, kiedy pytając w info dowiedzieliśmy się że jest "right behind the meditation center". Woow. Baby lounge to salka z przyciemnionym światłem, pełna "kokonów" - oddzielonych zasłonką łóżeczek niemowlęcych z kawałkiem kanapy do siedzenia dla rodziców. Minus - dla rodziców jest dość niewygodnie. Za to obok duża lada ze wszystkim czego potrzeba do przewijania, wanienką z bieżącą wodą, i chyba jeśli dobrze pamiętam - możliwością podgrzania czegoś (choć tego nie jestem pewna).
 
No i plac zabaw też niczego sobie, choć oczywiście nie spodziewajcie się, że to plac na 30 dzieci, to jednak lotniskowy placyk.

czwartek, 27 czerwca 2013

Weekend z Klubem Nomadów

Ostatni weekend Panowie moi spędzili na wypadzie pod namioty z Klubem Nomadów, z którym przyjaźnimy się intensywnie od chwili jego powstania (a ja biedna męczyłam się na podyplomowych... niektórym to dobrze...). Pogoda dopisała, towarzystwo również, Panowie twierdzą, że było super, a młody podobno odkrył w sobie żyłkę wspinaczkową. Na program i relację zapraszam Was na stronę Klubu Nomadów

wtorek, 25 czerwca 2013

Biskupin na Boże Ciało




Biskupin chodził mi po głowie od jakiegoś czasu, wzbudzając wyrzuty sumienia, iż "cudze chwalicie, a swego nie znacie" (niestety, szkolne wycieczki nosiły mnie w inne rejony). Wpisałam go na listę potencjalnych wypadów weekendowo-wakacyjnych, gdzie wraz z Białowieżą zyskał w tegorocznych planach status "top one". Okazało się, że nie tylko moja głowa była nim zaprzątnięta - przyjaciółka zadzwoniła mówiąc o atrakcjach, które Biskupin organizuje na dzień dziecka , "no i niedaleko jest park dinozaurów". Zestaw atrakcji które przedstawiam Wam w tym wpisie skomponowałyśmy pod kątem dwóch trzylatków, ale okolica obfituje w atrakcje dla młodszych i starszych, i warto poświęcić jej co najmniej kilka około weekendowych dni.


Pakowanie w środę wieczorem mieliśmy trochę utrudnione, gdyż nocowała u nas para Węgrów z couchsurfungu. Ale jak to mówią - nie ma tego złego, bo kiedy rozmawialiśmy z Węgrami o tym, że Polska ma wiele skarbów, które są bardzo słabo rozreklamowane i nawet nam trudno o nich się dowiedzieć (wide Biskupin, skansen w Olsztynku), nagle on rzucił: "a właśnie, i jest jeszcze taki skansen, taki jak dżem, prawda?". Chwila ostrego przegrzewania neuronów i "Aaaa... Łowicz???".  Pogooglaliśmy więc za Łowiczem, i pierwsze, co rzuciło nam się w oczy to "Boże Ciało w Łowiczu" - a przecież to już jutro?!? I chyba na naszej trasie?? Do Łowicza z Warszawy godzinka, i właściwie tylko kwadrans nadłożonej drogi. Jednak zakładając czas na wyprawienie naszych gości rano (jechali dalej do Gdańska), możemy nie zdążyć. "Drogi facebooku, o której zaczyna się procesja w Łowiczu i ile trwa?" i już byliśmy zmotywowani do szybszego pakowania (znajomi jak zawsze niezawodni!). Zdążymy!
Docieramy niedługo przed deszczem, akurat na czas, aby uczestniczyć w części procesji.



Ponieważ plan jest "last minute", więc nie jesteśmy przygotowani do zwiedzania Łowicza, po procesji kierujemy się więc zgodnie z wręczoną mapką do części oznaczonej "stoiska handlowe i wesołe miasteczko" z cichą nadzieją na jakieś oryginalne gadżety łowickie (nocne wchodzenie na strony Łowicza rozbudziło nasz apetyt na "wycinanki"). Niestety, jak napisano na jakimś blogu - wycinanki zostały wyparte przez chińskie zabawki (a także stoiska z garnkami, kwiaty cebulowe i watę cukrową) - choć nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że aż tak doszczętnie. Jedynym prawdziwym folklorem jaki można było tam spotkać, było... stoisko peruwiańskie, takie jakie można spotkać w każdym chyba kraju na świecie - od Meksyku po Berlin. Szybko się ewakuujemy, zanim dzieci zaczną nas błagać o plastikowe okulary.



(Więcej o procesji np tu: - http://miculapinkwart.natemat.pl/63153,boze-cialo-w-lowiczu
















Piękną autostradą na Poznań, mijając Wrześnię, Gniezno i Żnin docieramy do naszej kwatery. Nocowaliśmy tutaj: http://www.zatokazablockich.pl/, miejsce warte polecenia - czyste, dobrze wyposażone, duży teren (na nim boisko, kort, trampolina dla dzieciaków). Gospodarz zaskoczył nas pozytywnie wręczając nam zestaw mapek okolicy, ulotek, harmonogramów wydarzeń - w biurze miał ich pół ściany, a wszystkie aktualne, śliczniutkie, pełne wartościowych informacji, zachęcające do zwiedzania, pokazujące zarówno "top 5 atrakcji", jak i skupiające się na poszczególnych perełkach (jak np. chaty poniatówki)  - chapeu bas dla ludzi odpowiedzialnych za turystykę w tym województwie i powiecie.
Najsłabszym aspektem Zatoki były śniadania - nawet może nie ze względu na samo jedzenie, ale obsługę. Wzięliśmy śniadania codziennie (choć wybrawszy opcję apartament mogliśmy spokojnie z części z nich zrezygnować i przygotowywać sami, gdyż do dyspozycji mieliśmy lodówkę i naczynia), i obiad pierwszego dnia po przyjeździe ("no ja tak Państwu grzeję i grzeję te ziemniaki, Państwo nie powiedzieli, o której będziecie, inni to dzwonią godzinę przed o której będą, a Wy to nic, to im mogę wstawić, a Wasze tak się grzeją i grzeją..."). Eeee... przepraszamy, nie wiedzieliśmy, nikt nam nie powiedział...
W okolicy ogólnie nie ma szału jeśli chodzi o bazę noclegową, więcej jest ośrodków przygotowanych pod wycieczki szkolne, a nas łóżka piętrowe nie bardzo kręciły. Ale można znaleźć też perełki w odrestaurowanych dworkach szlacheckich za przyzwoitą cenę (choć mniej dziecio-przyjazne jeśli chodzi o infrastrukturę).
Pierwszy dzień wieńczą nam spacery po okolicy, przyglądanie się ptakom na jeziorze nad którym jest położony nasz ośrodek (melduję, że plaża jest) i integracja dzieciaków.
Dowiadujemy się też, że prognozy na długi weekend można schować między bajki, a nawet aktualna prognoza icm dla tej okolicy płata figle. Kolejne dni będą sterowane bardziej zmieniającą się pogodą (bądź oczekiwaniem na jej zmianę) niż naszymi planami... Chociaż planów w czwartek wieczorem przygotowaliśmy mnóstwo.

Dzień 2 - dinozaury
W okolicy są co najmniej dwa parki dinozaurów -
- jeden 60km dalej, koło Bydgoszczy w kierunku Torunia (Jurapark, Solec Kujawski - http://www.juraparksolec.pl/), z parkiem wodnym obok, oraz http://www.zaurolandia.pl/ w Rogowie - "rzut beretem" od nas, czyli około 20km. Nasz gospodarz mówi, że dużo lepszy jest park w Solcu, a ten tutaj "słaby", ale uznajemy, że w obliczu niepewnej pogody, oraz jednak ograniczonych oczekiwań trzylatków Rogowo w zupełności nam wystarczy.
Dużą zaletą parku było jego dopasowanie również do maluchów (m.in. oddzielny plac zabaw dla dzieci mniejszych i dla starszaków). W parku dzieciaki zabawiały się:

  

- macając, wsiadając na, ujeżdżając, wieszając się na dinozaurach
- na placu zabaw
- pochłaniając lody
- jeżdżąc mini-kolejką
- kopiąc super koparką piłeczki
Zabawy było co niemiara, mimo, że przerywanej deszczem.


A ja dowiedziałam się, jak odróżnić Tyranozaura od innych bardzo do tej pory dla mnie podobnych "dinków"  - Tyranozaur ma króciutkie rączki. Tyci tyci. I chyba dopiero teraz zrozumiałam to wideo:

(Tyranozaur od 0:35 ;)

Pora na późny obiad - według gastronautów Żnin to kulinarna pustynia, jedziemy więc do pobliskiego Marcinkowa Górnego. Zgodnie z legendą zginął tam książę krakowski Leszek Biały. Zginął ciekawie, bo zaatakowany w łaźni wskoczył na konia i zaczął uciekać. Jego wrogowie dogonili go, wbijając "żelazo" w plecy. I taką właśnie scenę, nagiego Leszka na koniu, ze strzałą w plecy, można oglądać na pomniku przy wjeździe na teren pałacyku w Marcinkowie :)

Wracając wstępujemy do Żnina - na starym rynku znajduje się muzeum miejskie - jedna część w wieży, na którą można się wdrapać, a druga w budynku obok. Niestety, o 17tej je zamykają, a my dotarliśmy do Żnina dopiero około 16.50... W weekendy muzeum jest czynne jeszcze krócej, i mimo najszczerszych chęci nie udało nam się go odwiedzić (no dobra, może nie były aż tak szczere po tym, jak panie z obsługi muzeum zapytane, czy przez te 10 minut to ewentualnie warto tu wejść na wieżę, czy do drugiej części muzeum odparły "no tutaj raczej, tutaj to przynajmniej na schody można wejść" :D .
Z innych ciekawych obiektów Żnin to końcowa stacja kolei wąskotorowej (więcej o niej - patrz Dzień 3), oraz stary budynek cukrowni,  (na rondzie przy stacji kolejki trzeba skręcić w lewo i "to tam", zaraz za torami). Budynek pochodzi z przełomu XIX i XX wieku i jest pięknym przykładem architektury przemysłowej (warto choć na chwilę zatrzymać się przy nim przejeżdżając tamtędy). Oprócz tego co najmniej 3 kościoły w Żninie można określić mianem zabytków - na wypadek, gdyby padało :)

Wracamy na kolację do Zatoki, dzieciaki testują batutę która stoi koło kortów.

Dzień 3 - Biskupin (Dzień Dziecka)
W sobotę w luźnych planach były 3 atrakcje - zahaczyć rano o Żnin i nadrobić muzeum, pojechać od Biskupina, a po obiedzie do miasteczka kowbojskiego, gdyż tam też zapowiadano atrakcje z okazji Dnia Dziecka. Poranek był jednak tak deszczowy, że zrezygnowaliśmy z wczesnych wyjazdów i muzeum i ruszyliśmy wprost do Biskupina, poranek poświęcając na wręczenie prezentów. I znów na nic wszystkie przemyślenia rodziców czym by tu dziecko zachwycić - największą atrakcją okazują się kupione za kilka pln w dyskoncie dmuchane zwierzaki do kąpieli. Ruszamy a dzieciaki uzbrojone w fokę i delfina po drodze bawią się w "kto pierwszy dojrzy wiatrak" :)  Kiedy dojeżdżamy do Biskupina ciągle jeszcze pada, ale wystarczy przerwa na gofry przy wejściu oraz zakupienie kartek dla dziadków i... tadam - kiedy wychodzimy spod daszku baru z goframi już nie pada.


Pierwsza atrakcja którą spotykamy po drodze to pszczelarz oraz plecenie koszyków i innych wyrobów z wikliny. Atrakcja dla nas idealna, bo akurat tydzień wcześniej w ramach chorowania młodego opowiadaliśmy sobie o pszczołach i oglądaliśmy na youtube filmy o zbieraniu nektaru i przygotowywaniu miodu przez pszczoły. Więc okazja żeby przyjrzeć się pszczołom na żywo oraz kupić sobie zrobiony przez nie miodek była nie lada gratką. Do tego jeszcze "domki pszczół" :)

Skręcamy w lewo kierując się do zony archeologicznej i wioski piastowskiej, omijając muzeum (powinniśmy o nie zahaczyć po powrocie). Najpierw trafiamy na replikę wioski piastowskiej. W każdej z chat (lub przed nią) coś się dzieje, można zakupić stworzone przez rzemieślników na miejscu produkty - rzeźby z jelenich rogów, drewniane instrumenty (fujarki, bębny), czapki z filcu. Największą atrakcją okazuje się możliwość wybicia monet. Ponieważ mamy dwa woreczki na zbieranie skarbów od Klubu Nomadów (jedna dla Wojtka,a druga dla taty), więc Panowie decydują się na dwie monety, w tym na wzór najsłynniejszej średniowiecznej monet, Princes Polonie, wybijanej za czasów Bolesława Chrobrego. Jest to pierwsza moneta z wybitą nazwą Polski. http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Denar_rys_chrobry1.png


Zapakowawszy monety do woreczków, bogatsi o emocjonalne przeżycia oraz dokumentację foto i wideo ;) ruszamy do właściwej osady. Pięknie prezentuje się ona z daleka, choć jest mniejsza niż to sobie wyobrażałam. Ciekawe, jak żyło się tysiącu osób na tej małej przestrzeni. I czy to przypadkiem nie jest powód, dla którego osadę po 150 latach zamieszkiwania opuszczono.


Historia tego miejsca naprawdę robi wrażenie - osada funkcjonowała od 800 do 650 roku przed naszą erą, i choć większość tego, co możemy teraz zobaczyć to rekonstrukcje, to zachowała się widoczna dla turystów część wystających z bagniska elementów muru obronnego. Zaś zdjęcia z prac wykopaliskowych prowadzonych przed wojną zaskakują - jak aż tak dużo mogło się zachować Z KONSTRUKCJI DREWNIANEJ przez 2,5 tysiąca lat? Bo że się Majom kamienne piramidy zachowały, to ja rozumiem, ale tu mówimy o konstrukcji czysto drewnianej. Krótko mówiąc szczęśliwy geologiczny zbieg okoliczności. Obok fotka z wykopalisk z lat 30tych.

Biskupin to już nie to samo miejsce które możecie pamiętać ze swoich szkolnych wycieczek (a przynajmniej tak twierdzi mąż). Zrekonstruowane chaty obecnie "żyją" - część z nich służy jedynie pokazaniu zrekonstruowanego wnętrza, ale większość pełni oprócz tego inne funkcje. W jednej dzieciaki mogą na trzech stanowiskach budować rekonstrukcje z gotowych elementów, w kolejnej malują na ceramice, w innej można lepić z gliny (tu akurat zauważyłam cennik, przyjemność kosztuje bodajże 6pln). Obok Pani opiekująca się chatą sama coś kręci na kole (gotowe wyroby wypala i można je zakupić u niej). Kolejna to oczywiście sklep z pamiątkami :) ale jeśli wolimy sami zrobić sobie biżuterię rodem ze średniowiecza - proszę bardzo, chata obok. Tkactwo - zapraszamy! W efekcie w osadzie spędzamy dużo więcej czasu niż planowaliśmy (bo oprócz zwyczajnych w sezonie atrakcji na dzień dziecka przed chatami są też dodatkowe zabawy, co jakiś czas doprawiane walką wojów piastowskich (którzy jak nam wyjaśnili, walczą na miecze, bo oryginalną bronią z tego okresu typu piki mogliby sobie krzywdę zrobić ;) Umawiamy się z Panem strażnikiem przy wejściu, że "my to my" i będziemy mogli wrócić na tych samych biletach i wychodzimy przed teren Biskupina żeby zjeść jakiś obiad (wielkość porcji po drugiej stronie drogi nie powala... ale było wszystko świeże). W jego trakcie orientujemy się, że na powrót do muzeum i wysłuchanie bajek (słuchowisk i przedstawień) (miały być Wars i Sawa, Szewczyk Dratewka i coś jeszcze...) nie mamy szans, bo najmłodsze pokolenie zalicza zgon. Już mamy wracać do aut, gdy podjeżdżająca kolejka uświadamia nam że zapomnieliśmy, że mieliśmy wracać tym środkiem lokomocji. Dzieci zapytane o kolejkę łapią kolejną porcję energii z kosmosu i wołając "ciuciuccchhhhh" pakują się do środka. Kolejka jeździ na trasie Gąsawa-Biskupin-Wenecja-Żnin, my łapiemy tę w kierunku Wenecji i Żnina. Bardzo powoli ruszamy - czas na każdej stacji jest naprawdę długi, przez co kolejka całą trasę przemierza w ponad godzinę. Decydujemy się na wysiadkę w Wenecji, gdzie możemy podejść jeszcze do Muzeum kolejki. Młodsze dziecko odpada, zostaje twardszy zawodnik który już powoli przestaje spać w ciągu dnia... Zwiedzamy dość spory teren muzeum - można wejść do lokomotyw i wagonów, czasem czymś zadzwonić :) ale po przejściu przez kilka pociągów impreza zaczyna być nudna i zaopatrzywszy się na pamiątkę w magnez z ciuchcią pakujemy się do samochodu i podjeżdżamy jeszcze połazić po Żninie, zrobić zakupy na kolację no i koniecznie - lody! Stara część miasteczka w sobotni wieczór nie tętni życiem - nie ma tu knajp, jest jedna lodziano-gofrowa budka, niespiesznie przemierzają uliczki pojedynczy mieszkańcy (z czego wielu ma zwyczaj chodzić z włączoną komórką w ręku, z której leci muza... czasy boomboxów mi się przypominają :)

Dzień 4 - Lubostroń i Gniezno
kamieniczki gnieźnieńskie
Rano pakujemy się, płacimy, uzupełniamy zapas posiadanych ulotek o "spacer po Gnieźnie". Wypytujemy też właściciela o Pałac Lubostroń - "czy warto?". Przekonuje nas informacja, iż po prawej stronie w lesie przed parkiem (za płotem) można zobaczyć dziki - to by była atrakcja dla dzieciaków!
Dzików niestety nie ma, ale pałac fajny. Panu kustoszowi niestety "coś wypadło" i nie dojedzie na 12 aby otworzyć pałac, więc spacerujemy jedynie po rozległym parku, podziwiamy mały staw, wystawę obrazów w oranżerii. Park w rozplanowany sposób przechodzi w las, więc można się stąd udać na dłuższy spacer.
Gniezno ma przemiłe deptakowe uliczki prowadzące do katedry. W samej katedrze do zobaczenia oczywiście słynne drzwi gnieźnieńskie (uwaga!! nie zawsze jest do nich dostęp, czasem są zamknięte. My byliśmy tam w niedzielę wczesnym popołudniem i spotkany ksiądz
powiedział, że "może jeszcze są otwarte", więc chyba nie ma jakichś określonych ściśle godzin). Trafiamy akurat na mszę, więc żeby nie przeszkadzać zwiedzając idziemy zasiąść na deptaku na lody (choć mamy wrażenie, że o zwykłe dobre lody jest dość trudno). Jesteśmy trochę padnięci, więc dochodzimy tylko do końca deptaka i wracamy, akurat żeby zwiedzić katedrę. Katedra robi
wrażenie, ale nie powala, jeśli porównać ją z zabytkami sakralnymi zachodu Europy. Dużo bardziej zachwycił nas widok z obwodnicy Gniezna na skarpę z uroczymi kamieniczkami (i kilkoma nowymi potworkami z powodu których wydający zgodę powinien mieć wyrzuty sumienia) W samej katedrze najbardziej w pamięć zapadł nam... system oświetlenia grobu Św. Wojciecha. Zresztą - zobaczcie sami.

Z ulotki którą mamy wynika, że warto byłoby zahaczyć jeszcze o parę punktów, ale czas nas goni nieubłaganie, musimy być w Warszawie przed wieczorem, więc żegnamy kujawsko-pomorskie wskakując we Wrześni na autostradę.

czwartek, 16 maja 2013

Weekend majowy

Długi weekend tradycyjnie, corocznie, spędzamy na zawodach szybowcowych w Międzybrodziu Żywieckim (góra Żar). Okolica jest przepiękna, z ogromnym potencjałem turystycznym, kiedyś wykorzystywanym, a teraz mam wrażenie - niedoinwestowanym. Zabrakło chyba działań na poziomie województwa i powiatu aby pozyskać fundusze unijne na promocję i rozwój tej gałęzi gospodarki. Stare, komunistyczne jeszcze ośrodki powoli padają, nowych powstaje niewiele. Ale nie zmienia to tego, że okolica jest niesamowita.

Są i góry i jezioro, warunki dla różnego rodzaju lotników, koniarzy, motocrosowców - kto co lubi. Na szczyt góry Żar można wjechać kolejką lub wejść asfaltową drogą (zamkniętą dla ruchu turystycznego), spotykając po drodze (jeszcze na odcinku otwartym dla samochodów) jedno z wielu "magicznych miejsc", gdzie samochód "na luzie" sprawia wrażenie toczącego się pod górę. Na górze ogromny zbiornik elektrowni pompowo-szczytowej Żar-Porąbka i tradycyjny wybór zabaw wyciągających pieniądze - pizza, oscypki i możliwość zjechania sankową rynną. W długi weekend okolica pełna jest szybowników startujących w zawodach, ale także glajciarzy, którzy w zależności od kierunku wiatru obsiadają okoliczne wzgórza i biegiem ciągną za sobą swoje szmaty, w nadziei oderwania się od ziemi. Wojtka już od paru lat niezmiernie to fascynuje, i potrafi spędzić trochę czasu przyklejony do szyby obserwując próby glajciarzy (no dobra, mnie też to wciąga, przyznaję się).

W tym roku nasz wyjazd spędziliśmy pod znakiem zapalenia oskrzeli i gorączki około 39stopni, więc z wrażeń bieżących polecić możemy nocną pomoc medyczną w Żywcu. Przetarg na nią wygrała prywatna przychodnia, gdzie przemiła i fachowa (jak na nasze doświadczenia) Pani pediatra profesjonalnie zajęła się naszym synem, więc gdybyście byli chorzy w okolicy i wahali się, czy szukać pomocy, to szukać w Żywcu. A, i jeszcze obniżanie gorączki lodami moge polecić. Po tym, jak skończyła nam się możliwość podawania leków przeciwgorączkowych (panadole rozdane, nurofen wzięty, czas przepisowy nie minął... i znów rośnie) dałam Wojtkowi lody, tzw. "siurpane" (czyli woda z cukrem...). Polizał kilka razy, jęknął z ulgą i usnął wreszcie.

Wyjątkowo nie będzie więc opowieści z wyjazdu, a jedynie lista atrakcji którą zebrałam przed wyjazdem jako plany, bądź takich, które odwiedzaliśmy w poprzednich latach, ku pamięci na kolejne wyjazdy.

W samym Międzybrodziu można wypożyczyć sprzęt wodny (rowery, kajaki), można wjechać kolejką na górę, jest park linowy (tuż koło dolnej stacji kolejki) z trasą dla dzieci i inną dla dorosłych (co do trasy dla dzieci - Wojtek przeszedł do połowy, a potem wymiękł ze strachu... Myślę, że powyżej 5-6 lat mogłoby być optymalnym wiekiem). Niestety, nie ma żadnego ogólnodostepnego placu zabaw, więc warto pod tym kątem wybierać miejsce noclegu. W okolicy jest kilka szlaków spacerowych, niektóre oznaczone (jak się okazuje w terenie - raczej słabiej oznaczone), inne po prostu "na spacer sobie Pani może pójść przez tą górkę, i potem się schodzi koło cmentarza").

Z atrakcji "wyjazdowych" na razie mam na liście:

1. Park-zoo w Ustroniu,, 60km od Żaru za Bielskiem: http://www.lesnypark.pl/
2. Park miniatur w Andrychowie - http://www.parkminiatur.com/ (25km)
3. Park dinozaurów w Inwałdzie (tuż obok miniatur) - http://www.dinolandia.pl/. W tym parku byliśmy kiedy Wojtek miał dwa lata i było dużą atrakcją grzebanie w wielkiej piaskownicy, w której ukryty był szkielet dinozaura i można go było odkopywać
W okolicy jest jeszcze jeden park tego typu, ale nie zapisałam jego nazwy (ale pod stacją kolejki ma ogromne reklamy)
4. Na wypadek deszczu - w Bielsku Białej jest kilka sal zabaw, odwiedziliśmy jedną, której zdecydowanym plusem są odrębne części dla dzieci młodszych i starszych - http://www.zabawowo.com/ (przy ul. 1 maja 26).
5. ... to be continued, bo zgubiłam swoją listę... :/